Zdecydowana większość osób pasjonujących się nowoczesną botaniką ma świadomość, że współczesne, stabilne odmiany roślin to żmudny efekt krzyżowania i ostrej selekcji dokonywanej ręką człowieka. Niemniej historia narodzin kategorii nasion ze zdolnością autokwitnienia (czyli tzw. autofloweringu) znacząco wyłamuje się z tego laboratoryjnego schematu.
Dzisiejsze rynkowe bestsellery w tej kategorii nigdy nie miałyby prawa bytu, gdyby nie jedna, nadzwyczaj uparta i nieszczególnie atrakcyjna wizualnie roślina. Przez całe dekady ubiegłego wieku była z premedytacją ignorowana przez środowiska naukowe. Jej genialne zdolności nie narodziły się w szklarni – ukształtowały się pod ogromną presją klimatyczną na zimnych, bezlitosnych równinach rosyjskiej Syberii. Przyjrzyjmy się bliżej, w jaki sposób natura wykształciła tam genetyczny przełącznik, który całkowicie zmienił współczesne zasady gry.
Trzy gatunki, z których ten trzeci traktowano jako błąd natury
Przez dużą część ubiegłego stulecia świat akademickiej botaniki posługiwał się dość prostym, dwubiegunowym podziałem rodziny konopi. Na jednym końcu stała Cannabis sativa – gatunek o wysokim, bardzo smukłym pokroju, ewolucyjnie przystosowany do wilgotnych i gorących rejonów okołorównikowych. Na przeciwległym biegunie klasyfikowano Cannabis indica – roślinę zauważalnie niższą, krępą i mocno rozkrzewioną, świetnie znoszącą gwałtowne zmiany temperatury w górzystym klimacie Afganistanu i północnych Indii.
Wiedza o istnieniu trzeciego gracza na mapie istniała, ale bardzo długo traktowano go z przymrużeniem oka. W 1924 roku, podczas rutynowych prac terenowych w okolicach Saratowa (w dolnym biegu rzeki Wołgi), ceniony rosyjski botanik Dmitrij Janiszewski formalnie sklasyfikował nowy organizm, nadając mu łacińską nazwę Cannabis ruderalis.
Dla raczkującego przemysłu rolniczego i ówczesnej nauki było to znalezisko kompletnie pozbawione wartości. Roślina z rejonu Wołgi była krótka, wręcz karłowata, bardzo rzadko osiągając zaledwie metr wysokości w dobrych warunkach. Jej bardzo cienka łodyga nie nadawała się do przerobu na liny, a rzadkie kwiatostany pozbawione były żywicy i jakichkolwiek istotnych właściwości. Uznano ją ostatecznie za zwykły, pospolity chwast ruderalny (stąd nazwa) – niezwykle odporną roślinę pionierską, która zadziwiająco dobrze radziła sobie porastając przydrożne rowy, gruzowiska i miejsca odrzucone przez rolników jako jałowe.
Genialny, wbudowany stoper jako tarcza przed mrozem
To, co moskiewscy botanicy uznali początkowo za pożałowania godną wadę gatunku, w istocie rzeczy okazało się fascynującym, perfekcyjnie dopracowanym mechanizmem adaptacji do warunków. Zarówno podgatunek sativa, jak i indica to organizmy mocno fotoperiodyczne. W praktyce oznacza to, że ich wewnętrzny zegar biologiczny polega w stu procentach na świetle. Przez długie miesiące lata po prostu budują masę zieloną. Naturalnym sygnałem wyzwalającym proces zawiązywania kwiatostanów i późniejszego wydawania nasion jest dla nich dopiero odczuwalne skrócenie się dnia u progu nadchodzącej jesieni.
Na surowych równinach dalekiej Syberii, w Kazachstanie czy w górach wschodniej Mongolii zaufanie do takiego mechanizmu było przepisem na biologiczne samobójstwo. Zanim coraz krótsze jesienne dni poinformowałyby roślinę o konieczności kwitnienia, nagłe i ostre październikowe przymrozki momentalnie ścięłyby zielone tkanki, pozbawiając gatunek szansy na wysiew zdrowych, dojrzałych nasion przed zimą.
Ruderalis rozwiązał ten problem po swojemu, odrzucając panujące zasady. Pod bezwzględną presją ewolucyjną wyłączył swój radar słoneczny. Zrezygnował z oczekiwania na jesienne zmiany długości naświetlania. W zamian roślina ta nabyła zdolność inicjowania kwitnienia wyłącznie na podstawie swojego fizycznego, genetycznego wieku. Uruchamiała produkcję kwiatów z matematyczną precyzją, z reguły pomiędzy 20 a 30 dniem od momentu pęknięcia nasiona pod ziemią. Nie interesowała jej pogoda na zewnątrz – liczył się wyłącznie czas, by w błyskawicznym, zamkniętym cyklu spłodzić nasiona, zanim zamarznie grunt.
Mozolne początki i frustracje pierwszych hodowców
Kiedy w latach 70. oraz 80. środowisko amerykańskich i europejskich hodowców wycofało się do nielegalnego podziemia, wielu zdolnych genetyków przypomniało sobie o rosyjskim chwaście. Opcja stworzenia hybrydy roślin, które zaczną kwitnąć całkowicie automatycznie i zrzucą z barków człowieka obowiązek rygorystycznego pilnowania timerów od światła, brzmiała jak święty Graal w ówczesnych czasach.
Zderzenie z prawami genetyki klasycznej było jednak niezwykle bolesne. Próby kojarzenia w laboratoriach czystego, dzikiego okazu z mocnymi odmianami owocowały katastrofalnymi wpadkami. Nowe, hybrydowe pokolenia uparcie dziedziczyły po rosyjskim przodku same wady: ostry, siano-podobny zapach, niską odporność na choroby czy brak zwartości kwiatów. Co więcej, wyczekiwany gen szybkiego kwitnienia okazał się trudny do opanowania. Często niespodziewanie zanikał w kolejnym, skrzyżowanym pokoleniu, przegrywając rywalizację z dominującym układem genów z roślin fotoperiodycznych. Kosztowało to hodowców mnóstwo cennego czasu i prądu.
Uparty genetyk z Kanady rozwiązuje problem
Sytuacja wydawała się w impasie, dopóki na przełomie wieków tematem nie zajął się bardzo zdeterminowany kanadyjski hodowca ukrywający swoją tożsamość pod przydomkiem „The Joint Doctor”. W przeciwieństwie do poprzedników, posiadał on cierpliwość do pracy na wielu oddzielnych pokoleniach tej samej linii genetycznej. Przez lata na własną rękę przeprowadzał mozolne, wsteczne krzyżowania i surową selekcję wewnątrz jednego małego rodu (F1, F2, F3 i dalej), głęboko wierząc, że ten rosyjski gen da się zamocować na stałe.
Sukces przyszedł na początku lat 2000. Wtedy to zaprezentował rynkowi słynną, pierwszą generację Lowrydera. W porównaniu do dzisiejszych hitów sprzedażowych, pierwotny Lowryder absolutnie nie powalał na kolana swoimi osiągami objętościowymi czy zapachem. Miał on jednak potężną wagę dowodu naukowego. Udowadniał sceptykom bez cienia wątpliwości, że cała wizja jest możliwa. To małe, niepozorne zioło w pełni stabilnie dziedziczyło mroźny syberyjski stoper, równocześnie oferując zagęszczoną strukturę odziedziczoną po swoich świetnych, meksykańskich przodkach w rodowodzie.
Chirurgia genetyczna współczesnego rynku
Premiera nasion z pod szyldu Lowryder była niczym ostre cięcie sekatora, uwalniające zablokowaną branżę. W przeciągu kilkunastu lat wybitne europejskie oraz amerykańskie ośrodki pracujące nad materiałem genetycznym wpompowały ogromne zasoby finansowe w doprowadzenie tej koncepcji do perfekcji.
Współcześni mistrzowie selekcji wykazują się niemal chirurgiczną precyzją. Z czasem zdołali z sukcesem wyplewić, pokolenie po pokoleniu, absolutnie wszystkie negatywne pozostałości pierwotnego, dzikiego chwastu. Dzisiejsza kategoria produktów oznaczona jako odmiany autoflowering cieszy się niebywałym, ogólnoświatowym popytem, oferując masywne, gęste owoce. Jedyne, co ostatecznie zachowano we współczesnych komórkach roślin od strony syberyjskiego rodowodu, to wyizolowany, jeden pojedynczy gen zmuszający je do tego szaleńczego sprintu ku dojrzałości. Nasiona te zdolne są zakończyć swój cykl życia w niewiarygodne 65-75 dni od startu. Pamiętajmy, że ten rynkowy fenomen nie jest wymysłem w laboratorium, a żywym śladem natury broniącej się kiedyś przed twardym, azjatyckim mrozem.
Najczęściej zadawane pytania
Na czym fizycznie polega zjawisko autokwitnienia (autofloweringu)?
W naturze, by wyzwolić etap tworzenia kwiatów, roślina fotoperiodyczna czeka cierpliwie na skracanie się dnia jesienią. Rośliny o cechach autoflowering w ogóle nie reagują na zewnętrzne zmiany oświetleniowe. Rozpoczynają intensywne kwitnienie samoistnie po osiągnięciu odpowiedniego wieku (z reguły około 3 tygodnia od wyjścia z ziemi).
Skąd organizm w ogóle „wpadł na pomysł”, by działać w taki sposób?
Zdolność ta narodziła się u podgatunku Cannabis ruderalis jako metoda uniknięcia śmierci. Zimne, krótkie lata północnej Rosji oraz Syberii nie pozwalały na długie dojrzewanie. Roślina zmuszona była błyskawicznie kwitnąć i wydać dojrzałe nasiona jeszcze latem, by nie ulec zniszczeniu przez silne październikowe mrozy.
Z jakimi problemami borykali się pierwsi hodowcy takich odmian?
Przez lata lat 80. wczesne próby łączenia dzikiego, azjatyckiego okazu ze szlachetniejszymi roślinami kończyły się ogromnym zawodem. Otrzymywane potomstwo charakteryzowało się słabym zapachem i znikomym rozmiarem liści, a pożądana funkcja samoistnego zakwitania często ginęła samoistnie w kolejnych generacjach, ustępując genom słońcolubnym.
Kto zdołał ostatecznie przełamać biologiczny impas?
Sukces ten należy przypisać kanadyjskiemu, wybitnie upartemu badaczowi, występującemu pod operacyjnym kryptonimem „The Joint Doctor”. Poświęcając lata na trudne, mozolne krzyżowania krzyżowe, wypuścił na rynek pierwszą stabilną, udaną odmianę „Lowryder”, która stała się fundamentem całego współczesnego przemysłu na nasiona automatyczne.
Na podstawie:
- Janischevsky, D. E. (1924). Forma konopi na dzikich stanowiskach południowo-wschodniej Rosji. Uchenye Zapiski Saratovskogo Gosudarstvennogo Universiteta.
- Clarke, R. C., & Merlin, M. D. (2013). Cannabis: Evolution and Ethnobotany. Wydawnictwo University of California Press.
- Green, G. (2001). The Cannabis Breeder’s Bible: The Definitive Guide to Marijuana Genetics. Green Candy Press.
- Small, E. (2015). Evolution and Classification of Cannabis sativa (Marijuana, Hemp) in Relation to Human Utilization. W: „The Botanical Review”.
- Pollio, A. (2016). The Name of Cannabis: A Short Guide for Nonbotanists. Magazyn „Cannabis and Cannabinoid Research”.
